MATCH #13
Mieszkają w Aspen. Gdybym była swoim chłopakiem, albo jego kolegami, którzy uwielbiają snowboard i narty, to już bym wsiadała w samolot. Ale nie jestem :D. Mają trójke dzieci, w tym dziewczynka 10 miesięcy i chłopiec 2 latka. Dużo roboty, a jedyne co po pracy to snowboard. Fajne na miesiąc, ale nie na 12 :). Zaprosili mnie na Skype.. bez żadnego maila itd. Nie przyjęłam ich jeszcze... musze im napisać, że bardzo dziękuje, ale nie dam rady z ich dziećmi. Ale mi się po prostu nie chce... Co chwilę muszę pisać do jakiejś rodziny, że "Jesteście wspaniali, ale dziękuje"... Męczy to, ale uczy cierpliwości.
Co do rodziny z Vienny (ci co pochodzą z Indii)... Rozmawiałam z ich byłą au pair. Jest ze słowacji, więc mogłam pogadać z nią o różnicy kulturowej, o szoku itd, bo została wychowana podbnie jak my, ludzie z PL :). I stało się coś czego się nie spodziewałam.. Podobają mi się bardziej, gdy ona o nich mówi, niż oni sami. Była ze mną kompletnie szczera, mówiła o ich wadach, o tym, że nie są uczuciowi i czasem jest z nimi dziwnie... Rozmawiając z nią, to mi nie przeszkadzało. Ona napisała, że pojechała do nich z wygody. Dają sypialnie, kuchnie, łazienkę, samochód. Mają jedno dziecko, nigdy się z nimi nie pokłóciła... Brzmi idealnie, co? Ale kiedy siadam przed kompterem by z nimi pogadać... nie jestem taka podjarana. Gdy nie mam już pytań co do bycia ich au pair.. jest niezręczna cisza i podtrzymywanie rozmowy w sztuczny sposób. Oni nie są uczuciowi, nie przytulają, nie plotkują przy stole... Nie oglądają głupich programów jedząc popcorn. I niby to nic złego.. niby to nawet lepiej, a jednak nie. Jestem osobą, która jest gdzieś dla ludzi, nie dla miejsca. Nawet na imprezy chodzę dla ludzi, nie, żeby się napić czy się wybawić. Jeśli na imprezie jest zbyt dużo ludzi, z którymi mam mało wspólnego i psują zabawę - wolę iść do kogoś do domu i napić się w 5 osób a nie w 50 - i bawić się o wiele lepiej... Więc jak mam spędzić rok z ludźmi, z którymi nie mam o czym rozmawiać? I niby to co zapewnia rodzina jest bardzo ważne i zgadzam się z tym.. ale równie ważny jest komfort psychiczny. Fakt, że jedziemy do ludzi, których lubimy, nie do pracodawców, którzy dają na dziecko. Może dla ich poprzedniej au pair to było ok. Miała 23 lata i chciała pożyć w USA. Przed przyjazdem już była niezależna i nie potrzebowała wsparcia. Ja potrzebuje. Potrzebuje fajnej relacji między mną a rodziną. Potrzebuje WOW. Na wow składa się: wiek dzieci, miejsce, to co zapewniają i JAKIMI SĄ LUDŹMI. Przynajmniej mi się tak wydaje... Może gdyby mieszkali koło NYC, to byłabym bardziej skłonna, bo zgadzałoby się więcej "punktów" WOW. Nie wiem. Wiem, że nigdy nie mamy pewności , że czasem wow okazuję się klapą, że czasem lepiej pojechać do takich z Indii, z którymi nie ma się wow, ale wiesz, że będziesz bezpieczna. Ale też wiem, że decyzja o wyjeździe jako au pair jest ryzykowna i podejmując taką decyzję wiedziałam na co się pisze. Tęsknota, szok. strach, strach przed rozczarowaniem, przemęczenie... Piszemy się na to i to już wydaje się być szalone. Więc czemu nie być bardziej szaolonym i poczekać na to coś? Może się mylę..
Ja się tu rozpisuję, a Indie i tak zniknęły. Powiedziałam im w sobotę, że dam im znać, a oni i tak zeszli z profilu, chociaż mnie chcieli... Nigdy nic nie wiadomo.
Oczywiście i tak im napiszę maila z podziękowaniem...
A!
Miała pełne zainteresowanie.. nawet 2 razy!
Szczerze? To nie jara.. to męczy. Fakt, że musisz odmówić 4 rodzinom i zaczynasz myśleć, że z tobą jest coś ne tak...
Wolałabym jedną, ale TĄ.
No i zamiast perfect matchu, uzależniłam się od "Chirurgów"! :)